Moja mała fotobudka

Zdjęcia nie zmieściły się na mojej ścianie.

Mam ich tak dużo, że musiałam kombinować – jak je ustawić, które odrzucić, które powsadzać w ramki. Niekiedy zmuszona byłam odrzucić te korzystniejsze na rzecz nieco mniej udanych, na których znajduje się więcej osób.

Bo na mojej ścianie muszą znaleźć się wszyscy, którzy się liczą. Continue reading „Moja mała fotobudka”

Do M

W szóstej klasie nie mogłam się doczekać poniedziałków.

Większość dzieciaków w tym wieku udaje, że nie ma rodziców. Taki wiek. Ja zaś
z wytęsknieniem wyglądałam przez okna szkoły, wyglądając mojej Mamy. Przychodziła po mnie tylko w ten jedne dzień tygodnia, bo w tamtym okresie naszego życia poniedziałki miała wolne. Continue reading „Do M”

O parterze, którego brak

Chciałabym nie być tak banalna.

Ale chyba nie da się od tego uciec. Koniec końców, podstawą piramidy Maslova jest bezpieczeństwo. Człowiek, zachłyśnięty swoją pozycją naczelnego, może zapomnieć, że też należy do ssaków, a jego życiem kieruje kilka związków chemicznych krążących po żyłach w różnych stężeniach – zależnie od sytuacji.

Także, moim zdaniem, w chwilach największej słabości każdy bywa zwyczajny i schematyczny. Czasem tak zwyczajnie pragnie być inny. Bardziej idealny, a mniej znajomy. Bardziej szczupły, z ładniejszym nosem i oczami większymi (coby nie odwracał wzroku, wchodząc do wanny, czy myjąc zęby). Trochę mniej nieokrzesany, żeby nigdy nie zranić (mówiąc zbyt szybko jakiś nieskładny żart) i dużo mniej w życiu być dzikusem (takim, co to stresuje się zapytać o godzinę na ulicy).

Czasem, kiedy zdejmuję z siebie wszystkie za ciasne myśli i blokady, stając przed lustrem w rozciągniętych dresach i wyglądam jak pomiot szatana, chciałabym poczuć się kochana, jak kochane może być dzieło sztuki przez swojego stwórcę, jak malarz może kochać kolory. Chciałabym, żeby ktoś wypełnił wszystkie moje lęki, powkładał w nie brakujące elementy, odnalazł mój klucz i wiedział, jak go użyć. Mieć przy sobie kogoś, kto scałowałby wszystkie moje kompleksy i strzepnął je spod moich rzęs, każąc mi zamknąć oczy i pomyśleć życzenie. Przekuł Całe Zło w wszystko dobre, co nam się przydarzyło.

I to jest takie codzienne. Takie oklepane – jak baśń o księżniczce, która gdzieś zgubiła swój szklany pantofelek. Chciałabym być ponadto. Tak naprawdę, z czystym sumieniem powiedzieć, że gardzę całym tym syfem i malarią. Ale nie potrafię wymazać snów, w których powiewa firanka, a zapach papieru miesza się z zapachem podpalonego na maśle czosnku.

00:00

Nie mogłam być przygotowana, że ból po utracie nie jest najgorszą rzeczą, jaka spotka mnie w życiu. Tego nauczyła mnie popkultura. Okazało się, że strata nie boli prawie wcale. Jest niezauważalna, przynajmniej nie w momencie faktycznej utraty. Rzadko bywa tak, by zasępić się nad zaginionymi okularami w tracie ich gubienia. Gdyby tak się działo, żylibyśmy w idealnym świecie, gdzie każda skarpetka ma parę i żaden pluszak nigdy nie zniknął przy przeprowadzce.

Dużo bardziej boli, kiedy się tęskni.

Tęsknić można różnie. Czasami, kiedy pustka materializuje się w mroźny obłok wokół, włókna mięśni naprężają się i tęsknota przypomina zakwasy. Jest ona wtedy w każdym ruchu, ale trzeba ją rozchodzić. Kiedy indziej tęskni się nocami, kiedy wszystko wydaje się większe, zwłaszcza odległości, a człowiek zostaje ze sam na sam sobą i jest taki malutki.

Wtedy odkrywa, że składa się z samej tęsknoty.

Tęsknoty za każdym, kto kiedyś był. To dziwne, jak łatwo i szybko można przestać być częścią kogoś, kto wydawał się być naszym przedłużeniem. Tęsknoty za wszystkimi, których już nie ma po prostu. Bo zawsze powiedziało się za mało, zrobiło się nie dość dokładnie. Tęsknoty za punktem równowagi, który zmienił swoje położenie.

Tęsknocie za samym sobą. Wersją siebie, którą powinno się być.

To właśnie ta tęsknota boli najbardziej. Rozciąga wnętrze i wywraca je na drugą stronę.

Jest pod moją skórą, płynie w moich żyłach, moje włosy nią pachną.

Dziś jest mnie za dużo: zbyt wiele mam myśli, których nie potrafię rozróżnić, za dużo sobie wyobrażam, za dużo planuję. I pragnę: kogoś, kto potrafiłby zapewnić mnie, że tak można żyć, że tak może być dobrze, że tak w ogóle może być, miasta, w którym mogłabym się rozpuścić, rozmowy, w której mogłabym się rozpłynąć.

***

Być może, kiedy spojrzę dziś w niebo, przetnie je spadająca gwiazda?