00:00

Nie mogłam być przygotowana, że ból po utracie nie jest najgorszą rzeczą, jaka spotka mnie w życiu. Tego nauczyła mnie popkultura. Okazało się, że strata nie boli prawie wcale. Jest niezauważalna, przynajmniej nie w momencie faktycznej utraty. Rzadko bywa tak, by zasępić się nad zaginionymi okularami w tracie ich gubienia. Gdyby tak się działo, żylibyśmy w idealnym świecie, gdzie każda skarpetka ma parę i żaden pluszak nigdy nie zniknął przy przeprowadzce.

Dużo bardziej boli, kiedy się tęskni.

Tęsknić można różnie. Czasami, kiedy pustka materializuje się w mroźny obłok wokół, włókna mięśni naprężają się i tęsknota przypomina zakwasy. Jest ona wtedy w każdym ruchu, ale trzeba ją rozchodzić. Kiedy indziej tęskni się nocami, kiedy wszystko wydaje się większe, zwłaszcza odległości, a człowiek zostaje ze sam na sam sobą i jest taki malutki.

Wtedy odkrywa, że składa się z samej tęsknoty.

Tęsknoty za każdym, kto kiedyś był. To dziwne, jak łatwo i szybko można przestać być częścią kogoś, kto wydawał się być naszym przedłużeniem. Tęsknoty za wszystkimi, których już nie ma po prostu. Bo zawsze powiedziało się za mało, zrobiło się nie dość dokładnie. Tęsknoty za punktem równowagi, który zmienił swoje położenie.

Tęsknocie za samym sobą. Wersją siebie, którą powinno się być.

To właśnie ta tęsknota boli najbardziej. Rozciąga wnętrze i wywraca je na drugą stronę.

Jest pod moją skórą, płynie w moich żyłach, moje włosy nią pachną.

Dziś jest mnie za dużo: zbyt wiele mam myśli, których nie potrafię rozróżnić, za dużo sobie wyobrażam, za dużo planuję. I pragnę: kogoś, kto potrafiłby zapewnić mnie, że tak można żyć, że tak może być dobrze, że tak w ogóle może być, miasta, w którym mogłabym się rozpuścić, rozmowy, w której mogłabym się rozpłynąć.

***

Być może, kiedy spojrzę dziś w niebo, przetnie je spadająca gwiazda?

Czarny poniedziałek

Moralności nikt nam od linijki nie odrysował.

To nie jet matematyka, tutaj nie ma schematu. Czasami nasze przekonania mają granicę tak pofalowaną, że bardziej niż proste, przypominają wybrzeże Afryki. Szczególnie, gdy problem jest złożony i zależy od wielu zmiennych. I to jest dobre, to czyni nas ludźmi.

Dlatego dziś przybrałam czerń.

Nie przeszkadzało mi to, że jestem przeciwnikiem aborcji, że uważam życie za dar, który zaczyna się w chwili poczęcia. Tak, gdybym nosiła w sobie dziecko upośledzone, urodziłabym je i pokochała. Tak, gdyby moje życie było zagrożone, poświęciłabym je dla swojego dziecko. I w końcu tak, gdybym mój potomek został poczęty w wyniku gwałtu, chyba jednej z najbardziej okrutnej zbrodni, jaką można popełnić względem drugiego człowieka, myślę, że zdecydowałabym się urodzić. Nie wiem, czy byłabym w stanie wychować.

Nie, gdyby kobieta w moim środowisko zastanawiała się nad aborcją, nie przeszłabym obok tego obojętnie. Starałabym się ją przekonać, robiłabym to nachalnie i bezpardonowo, ale przecież w ostateczności to nie ja podjęłabym tę decyzję. Potrafię zrozumieć dramat takiego wyboru. Kobieta, które musi zdecydować, czy zostać martwą matką czwórki dzieci, czy matką trójki żywych i jednego martwego, kobieta której ciąża jest wynikiem zapewne największej traumy w jej życiu. Umiem zrozumieć takie wybory, ale nigdy nie potrafiłabym się z nimi zgodzić.

Potrafię też wyobrazić sobie, że aborcja nie jest niczym przyjemnym. Nie potrzeba do tego dużo empatii. W tym kraju, do tej pory aborcja możliwa była tylko w trzech wypadkach i żaden z nich nie była „zastępczą antykoncepcją”. Nie, do jasnej cholery, żadna zrównoważona osoba nie biega po lekarzach i nie dokonuje takich zabiegów dla swojej przyjemności.

Nie, nie wyrażę zgody na to, by kobieta, która dokonała aborcji, została ukarana. Nie wyrażę zgody na to, by kobieta, która poroniła została przesłuchiwana, by jej troska o własne ciało w ten specyficzny czas została poddawana ocenie. Nie wyrażę zgody na to, by żyć w strachu przed własnym państwem, które powinno nas chronić. Bo pierwszy trymestr zawsze jest niebezpieczny, nieważne, czy jest się zdrową dwudziestolatką, czy chorą na tarczycę czterdziestolatką. Poronić może każda z nas. Nie wyrażę zgody na gnębienie kobiet dotkniętych stratą dziecka.

I wreszcie nie, nie wyrażę zgody na tę ustawę, bo jest ona dopiero początkiem. Przygotowywany jest projekt ustawy o zakazie antykoncepcji. Nie zgodzę się, aby odebrano mi prawo do wyboru, czy zechcę kiedykolwiek mieć dzieci. Nie pozwolę, aby naszą rolę w tej kwestii zredukowano do nośnika płodu, bo (o zgrozo), życie kobiety nie kręci się tylko wokół chęci posiadania potomstwa. Nie wyrażę zgody na tę ustawę, bo nie chcę pewnego dnia obudzić się w rzeczywistości, w której będzie się mnie rozliczać z mojej wiary, z moich myśli i przekonań.

Właśnie dlatego, pomimo iż jestem osobą wierzącą, przybrałam dziś czerń. I bez wahania zrobię to jeszcze raz, jeśli będzie taka potrzeba.

5 powodów, przez które kocham sanatoria

Uzdrowisko to wcale nie jest miejsce wygnania.

Nie ma nic lepszego, niż weekend w miejscowości sanatoryjnej. Okej, nie jest to Paryż czy Wrocław (bo cudze chwalicie, swojego nie znacie!), ale z drugiej strony nie jest to ani Paryż, ani Wrocław. To jest coś innego. Wyjątkowego. Kurorty mają w sobie magię, niesamowitą, prawdziwą, magię. Dlaczego? Cóż, jest przynajmniej 5 powodów: Continue reading „5 powodów, przez które kocham sanatoria”